W sierpniowy długi weekend wyjechaliśmy z Pawłem na czterodniową wycieczkę w Sudety; oto co napisał:
Nieczęsto w dorosłym życiu nastaje czas, kiedy trud codziennej gonitwy zawisa na kołku jak stare i znoszone palto, a duszę nabierającą tchu ogarnia dziecięce poczucie beztroski i wrażenie obcowania z magią spełniających się marzeń.
O poranku w dniu wyjazdu, kiedy w żyłach tętniły jeszcze echa przygotowań, przyrządziłem sobie solidną jajecznicę, posiliłem się niecierpliwie, po czym z niemal chorobliwym pietyzmem zebrałem do toreb przygotowane wcześniej i ułożone równo na stole ubrania i niezbędne dodatki. Punktualnie o ósmej rano czekałem na Artura pod blokiem w pełnym rynsztunku, gotowy do drogi. Nieodłącznym zwyczajem Artur nieomieszkał się spóźnić, wystawiając moją cierpliwość na próbę. Nieznośne chwile oczekiwania spędziłem popijając kawę na pobliskiej stacji benzynowej. Pół godziny później mijaliśmy już rogatkę Łodzi, a po wspomnieniu uronionych bezcennych chwil nie było już śladu.
To wprost niesłychane, jak niedaleko wystarczy odjechać od domu, aby wewnętrznym uchem dosłyszeć zwiastuny wewnętrznych przemian, uchwycić pierwsze nieśmiałe nutmetafizycznej muzyki drogi. Dla mnie owa melodia ucieleśniła się w lirycznych sonatach lutniowych Sylwiusza Leopolda Weissa, których słuchałem na okrągło przed wyjazdem.
Kiedy błąka się po głowie natrętny motyw muzyczny wyłowiony kątem ucha z radia, zazwyczaj pragniemy się go jak najszybciej pozbyć, niczym psa czepiającego się nogawki. Tym razem jednak z uporem bohatera hinduskich opowieści, godzinami nuciłem sobie w myślach ciacconę es dur Weissa. Ledwo kończyłem zwrotkę, zaczynałem ją na nowo, dodając kolejne wariacje, zaś przed oczami duszy przepływało całe życie w obrazach i wspomnieniach, od dawna już nie odwiedzanych. Dopiero kilkaset kilometrów dalej dotarło do mnie, że po wielu latach halucynacji w oparach chaosu, ja na nowo medytuję! Myśli sączyły się kropla po kropli jak tajemnicza substancja, destylowana w alchemicznym alembiku.
Na motocyklu, pośród natłoku zjawisk zmysłowych i nieopisanych myśli, czas zupełnie zmienia skalę. Świat naokoło porusza się tak szybko i tak intensywnie, że w ciągu jednego dnia podróży świadomość gromadzi więcej wrażeń, niż w trakcie wielu tygodni zwykłego codziennego życia. Staje się tak za przyczyną zdumiewającego uczucia osobistego uczestniczenia w procesie przemiany energii wszechświata, bezpośredniego połączenia między umysłem a przedmiotową rzeczywistością, wrażenia zwanego w terminologii jungowskiej participation mystique.
Rozpędzone ciało jak lancet przecina tkankę otaczającej materii, podczas gdy zmysły, bombardowane tysiącami sygnałów, przechodzą percepcyjną próbę ognia. Pomiędzy światem a jeźdźcem jest tylko jego ubranie, które po kilku godzinach przestaje być odczuwane jako część odrębna od ciała, a wszystko razem na czas jazdy zrasta się z motocyklem w jedną posągową całość. Pod naporem pędu powietrza, pośród zrywów przyspieszeń, wibracji silnika i szarpnięć na wybojach, ciało zaczyna się buntować. Nogi drętwieją, siedzenie się odparza, na dłoniach rosną odciski, a zgrabiałe palce zaciśnięte wokół uchwytów kierownicy zastygają w bolesnym skurczu. Niewygody tracą jednak na znaczeniu, stają się bowiem orzeźwiającym dowodem pełni egzystencji.
Choć głównym zmysłem podczas jazdy pozostaje wzrok, pierwszeństwo mają doznania zapachowe. Smolne szczapy, bagniste stawy rybne, balsamiczne żywice jodeł, wilgotna ziemia wzruszona pługiem, pola nawiezione świeżym obornikiem, rozgotowane ziemniaki i schabowy za oknem domu stojącego przy ulicy, wszystkie zdradzają zapachem swą obecność jeszcze zanim pojawią się przed oczami.
Przy tej skali przeżyć podróż autem przypomina teleportację, bo samochód w porównaniu z motocyklem przypomina hermetyczną kapsułę, oddzielającą pasażerów od czasu i przestrzeni. Podczas wycieczki miałem po raz pierwszy w życiu wrażenie należące do gatunku epistemologicznych, że oto motocykl w istocie jedzie mną.
View Larger Map
Jak każdy dobrze wie, świat doznań jest nieustanną grą przeciwieństw i nie składa się wyłącznie z wrażeń pozytywnych. Aby móc obcować z zapierającą dech w piersiach przyrodą Kotliny Kłodzkiej, Karkonoszy czy Gór Stołowych, trzeba znieść całe kilometry monotonnych krajobrazów centralnej Polski, minąć dziesiątki smrodliwych miejscowości, w których czas zupełnie się zatrzymał, przejechać miasta o tandetnej i chaotycznej zabudowie, miasta prowizoryczne, które mogą w każdej chwili runąć pod ciężarem własnej brzydoty. To zaskakujące, jak gwałtownie zmieniają się przejawy tradycji estetycznych w miarę przemierzania polskich krain historycznych. Owe szpetne miejsca pozostaną na obliczu naszej ziemi jeszcze długo, jako blizny dawnych wojen i zaborów.
Nieodłączną częścią wyprawy są napotykani po drodze ludzie, twarze i twarzyczki. W naszej części świata panuje niestety powszechne uprzedzenie do motocykli. Wiele ludzkich spojrzeń, jakie złowiłem podczas podróży, było niechętnych lub wręcz podszytych zawiścią.
Zapytany o drogę kierowca ciężarówki niespiesznie udzielił wskazówek, a na odchodne przemówił głosem ludu wskazując palcem na motory: brzęczą, ludzi straszą! Kiedy odparłem, że nie bardziej niż kosiarka do trawy, nerwowo się roześmiał, trzasnął drzwiami i odjechał. Jedyne osoby, które wyraźnie się cieszą na widok nadjeżdżającego motocykla to pijaczkowie o twarzach nabrzmiałych alkoholem oraz mali, często umorusani chłopcy, wytrzeszczający oczy i rozdziawiający usta z zachwytu. Tylko w jednej małej wiosce w Karkonoszach niemal wszyscy mijani mieszkańcy machali nam na powitanie. Czyżby byli pijani? A może w ich życiu, szczerym i dalekim od zgiełku cywilizacji, przejazd pary motocykli przez wieś jest czymś równie radosnym jak pomyślenie sobie dawno zapomnianego marzenia?
Człowiek jest tak jakoś poskładany, że najlepiej smakuje mu to, co niedostępne. Już w pierwszym dniu wyprawy duże białe koło w czerwonej obwódce, czyli znak zakazu ruchu pojazdów mechanicznych, stało się dla mnie symbolem przygody i nawoływania do buntu. Świat jest wszak dla ludzi, a motocykl potrafi pokonać nawet znaczne przeszkody terenowe. Na zapomnianych górskich ścieżkach, szutrowych drogach prowadzących przez stumilowe lasy, wzdłuż zapomnianych torowisk kolejowych lub pośród uroczysk i oczeretów, odnaleźć można na nowo wszystko to, co usypuje się z człowieka latami – wiarę w potęgę istnienia. Zamiast dumać nad prymatem egzystencji nad esencją, można choć przez chwilę naprawdę Być.
Podobnie jak w życiu, ogromną rolę w wyprawie odgrywa zwykły przypadek, zaś pomyłki przy wyborze trasy nierzadko prowadzą do zaskakujących sytuacji. Nic bardziej nie poprawia humoru niż niespodzianka. Kiedy ujrzeliśmy w szczerym polu samotny orszak
zardzewiałych parowozów, drzemiących na zapomnianej bocznicy, nasza chłopięca radość nie znała granic. Największym skarbem dzieciństwa jest możliwość odkrywania świata bez uprzedzeń i narzuconych konwencji. Tak właśnie czułem się podczas zaglądania do skorodowanych brzuchów lokomotyw, wspinania się na ich grzbiety po grubych jak pięść
nitach i wyobrażania sobie czasów, w których cała ta maszyneria była sprawna i potrzebna.
Aby móc w pełni cieszyć się przygodą, konieczny jest sprawdzony kompan. Podróż motocyklem jest pod tym względem osobliwa. Człowiek jest bowiem na pozór sam ze sobą, a może nawet jeszcze bliżej, bo ma na sobie kask, wciskający zewnętrzną aurę z powrotem w głowę. Mimo tej odrębności istnieje jednak silne poczucie wspólnej misji. Myśli, podobnie jak motocykle, toczą się równoległymi torami, zaś zdolność do empatii poszerza się o nowe horyzonty. W ostatnim, czwartym dniu zdawało mi się, że potrafię odczytać wahanie czy niepewność nawet z najdrobniejszej zmiany w sposobie jazdy Artura. Wieloletnia znajomość pomogła nam przejść ponad drobnostkami i zamienić ową krótką wspólną wyprawę w jedno z najciekawszych przeżyć ostatnich lat. Ja zaś złapałem się na tym, że jeszcze tego samego dnia po powrocie zacząłem marzyć o kolejnej przygodzie.
Tuesday, September 4, 2007
Subscribe to:
Posts (Atom)